sobota, 26 lipca 2014

Mantry i modlitwy

Pisałam kiedyś o sile spokoju, której czasem brakuje osobom pracującym ze zwierzętami (z ludźmi także - wiem to „po sobie”) a konsekwencjami są niepotrzebne nerwy, agresja, a nawet bicie.
Xenophon (oprócz koni zajmował się pewnie też muzyką, nie mylić go z Xenophobem, bo ten był specjalistą od zaścianka i prawicowych partii)  w starożytnej Grecji, (czyli na okrągło licząc 2500 lat temu) zajmował się hodowlą i ujeżdżaniem koni. 
W swoich poradnikach powtarzał, niczym mantrę, że nie można siłowo, agresywnie postępować z końmi. Człowiek jako ten mądrzejszy i sposobem powinien rozwiązywać te konflikty. Pamiętne słowa wygłosił profesor Balcerowicz (okazuje się, że był wielkim znawcą koni, a nie tylko finansów) w kontekście Leszka Mullera, mówiąc, że z koniem nie będzie się kopał.
Nie kopmy się z końmi, traktujmy je jak dwuletnie dzieci - którym odbierając zabawkę, trzeba dać coś w zamian.
Nie wiem, czy Xenophon miał dzieci, ale z pewnością miał cierpliwość, spokój, zwalczał agresję i okrucieństwo w kontakcie z koniem, uważając, że wszystko wraca do sprawcy niczym echo: dobro jako dobro, zło jako zło.

Powyższe mądrości zaczerpnęłam z książki „Dies und jenes uber Pferde und Pferdesport”. 
Poniższy wierszyk w moim tłumaczeniu też z tej książki (poziom przekładu mi wybaczcie…)

Modlitwa koni
Kończy się dzień ciężki i długi
stajnia zamknięta, śpią zmęczone cugi.
Wybacz święty Hubercie memu panu,
który dzisiaj znowu bił mnie ostro,
że jego poleceń nie rozumiałem
i nie czyniłem tego, co robić miałem.
Wybacz mi, że na sam koniec już
zrzuciłem go w maneżu kurz.
Może lepiej byłoby dla nas obu
gdyby trzymał się z dala od końskiego żłobu.
Ćwicz czlowieku dosiad i miękką rękę,
szarpanie za pysk odczuwam jak mękę.
 Niech twoje ciało wskazuje mi drogę
 kopanie ostrogami moich boków
zabiera mi przyjemność kłusa i galopu.
O mojej prezencji nie zapominaj
czyść moją sierść i czysty czaprak zapinaj.
Dawaj co dnia owsa, siana i wody do picia
Abym cieszył się z mojego końskiego życia.
Amen 


piątek, 18 lipca 2014

Gdzie można pojeździć na zebrach?

Czy ktoś z was zauważył, że ludzkość jeździ na różnych zwierzakach, począwszy od osłów, lam, koni, jaków, wielbłądów aż do słoni. A co z zebrami? Z figury podobne do koni, w proporcjach ładniejsze niż osioł, paski pasują do desinerskich ciuchów typu dżungla Roberta Cavalliego (to uwaga dla kobiet).
Tyle zalet tego zwierza, a nikt nie jeździ. Zajrzałam na Internet – argument – zebra to nie koń – mnie nie przekonuje, wielbłąd to też nie koń.
Myślę sobie, że zebry po prostu nie udomowiono, zapomniano o niej. Cywilizacja azjatycka zaczęła oswajać konia kilka tysięcy lat przed naszą erą. Arabowie zajęli się wielbłądem – wytrzymały na upał a od konia to jeszcze większy, potem przypomnieli sobie o koniach arabskich – że warto mieć towar eksportowy. Proces oswajania i udomowiania wymaga tysięcy lat.
Odmawiam prób z tak zwaną konio- zebrą, to jakieś upiorne stworzenie, jak przybysz od Tolkiena lub Sapkowskiego.
Myślę, że jak się przyłożymy do roboty z zebrą, to marne 5 tysięcy lat (strzeli jak z bata) i mamy ją!

A na razie zapraszam do Siewierza, tam można załapać się na kucyka zebry pod siodłem ( ten pasiasty z prawej to tygrys, nie pomylić się, był taki angielski limeryk o jeżdżeniu na tygrysie - nie polecał tego;-))


A'propos tygrysów- wbrew obiegowym opiniom, one nie żyją w Afryce, na zebry więc nie polowały!!

Wspomniany limeryk 
(znowu o Afryce hrrrr Niger chyba tam leży):

There was a young lady of Niger
Who smiled as she rode on a tiger;
They returned from the ride
With the lady inside,
And the smile on the face of the tiger.

wtorek, 15 lipca 2014

Najpiękniejsze konie i powozy

gdzie są????? W Krakowie;-))

Możecie nie wierzyć, ale mam oko na tę sprawę. Gdziekolwiek jestem fotografuję konie i powozy. Poniżej materiał badawczy;-))
NIGDZIE nie ma takich "wypasionych" powozów i dorożek jak w królewskim mieście Kraków. Sytuacja jest dynamiczna - co roku więcej ozdób noszą konie i bardziej złocone są pojazdy. Nie ukrywam, że ta rywalizacja prowadzi do stylu "barokoko", może w krótkim czasie doprowadzić do kiczu.
Ale obecnie jest "nabogato".



Konie w Brugii w Belgii (jednym z najsłynniejszych miast jeśli chodzi o dorożki. a jeżdżą tam jak szalone między setkami turytów)
Brugia ma końskie tradycje od średniowiecza, co można zauważyć widząc poidło na konie, pamiętające wizytę Albrechta Durera w tym mieście w 1521 roku:


(na zdjęciu ja, nie Durer)



Gdzieś w świecie ( nie pamiętam gdzie)


W Berlinie


A teraz Kraków:














niedziela, 6 lipca 2014

Węgierska poczta

 Z tą pocztą to niezłe zamieszanie – wieki temu widziałam w Zbrosławicach taki pokaz, zwany „węgierską pocztą” a teraz będąc nad Balatonem przypomniałam to sobie.
 Jadę więc na koniku w Salfold (wieś przepiękna, konik fajny, wielki kasztan) z młodocianym Węgrem mówiącym – jak na Węgra przystało - niezrozumiałym językiem, ale ponoć po angielsku to on hoho… więc mu opowiadam o tej poczcie… z gęby widzę, że nic nie pojmuje… cóż…
Kiedy wróciłam do mojego siedliska - super miejsce w Badacsony – winnica, basen, widok z wysoka na Balaton, miły gospodarz, jeszcze raz powtórzyłam historię o poczcie, tym razem mojemu mężowi, brzmiała tak:
"The Hungarian Post" it is a kind of show, where a rider is having two horses, but he isn’t sitting on any one of them but… standing - one foot on the back of one horse the other on the back of next horse. He has to leading both horses parallel together trotting, galloping, etc.


Poczta węgierska z... Molwanii?

Mój mąż po wysłuchaniu tej historii po angielsku 2… dla pewności 3 razy, spojrzał na mnie dziwnie i zapytał, a to żart, po co tak jechać. Hmmm pomyślałam przez chwilę, że może to było naśmiewanie się z Węgrów- że oni tak bez sensu jeżdżą na koniach … ale przypomniałam sobie zdjęcie zrobione prze moje koleżanki na węgierskiej Puszcie – tam był też taki pokaz.  Więc nie wiem co z tymi węgierskimi listonoszami jest nie tak, ale z chłopakami ze stajni też trochę - spacer był niemożliwie nudny… ani jednego galopu, trochę kłusa, czyli trot’u zwanego przez niego (nie wiem dlaczego) „trapp”, żałowałam, że sobie książki nie wzięłam, mogłabym poczytać coś po drodze… dobrze, że na końcu były piękne ruiny kościółka i klasztoru.

Przy okazji chciałam zwrócić uwagę wszelkim jeźdźcom - jeździec powinien mieć coś na głowie (nie mówię tu o niespłaconej pożyczce albo zazdrosnej narzeczonej), tylko o nakryciu tejże głowy. Jeździec bez kapelusza (może być kowbojski) albo toczka, wygląda jak pańszczyźniany chłopak stajenny.
Pamiętacie starą piosenkę Skaldów- hej kupie se kapelusz,  będę dyrechtorem… no właśnie, człowiek w kapeluszu wygląda od razu o klasę wyżej.
Upppsss teraz już wiem, czemu mam taki sentyment do kapeluszy – zawsze chciałam wyglądać o klasę wyżej hahaha
Ale każdy jeździec ma wręcz obowiązek wyglądać – buty, nakrycie głowy, czyste ubranie, nawet jeśli przed chwilą wyrzucał gnój, na koniu MA WYGLĄDAĆ!


To zdjęcie jest intrygujące- ranek, samotny koń galopujacy wzdłuż drogi... nikogo ...

Zdjęcia poniżej zrobione w jednej z wielu węgierskich stajni.













niedziela, 22 czerwca 2014

było się działo... była zabawa...

Ale się działo… Aldonka jeździła na Aldonce, szwendały się tumany kurzu i dzieci… Nie, dzieci były tabuny, koni też, spłoszonych przez jednego psa safandułę a może właściciela tumana, właściciela psa znaczy, ale tumana, że nie przewidział konsekwencji, czyli gleby… (szkoda, że w wydaniu małej dziewczynki, bo pewnie zniechęci się do jeździectwa;-(
Na mnie koń pluł (jak on ten łeb potrafi nawykręcać) ale byłam twarda i jechałam jak wmurowana.. a może zamurowana, chyba raczej tak… Kiedyś na tym koniu w terenie zrobiłam dystans dwa razy większy niż inni, bo tak się wiercił. Dobrze, że mi dopłacać nie kazali.
Wracając do małych dzieci, a konkretnie mojej wnuczki i psów: pytanie Alusi: czy do lekarza dla psów chodzą także koniki?… Alusia jest fanką koników, a w szczególności wywoływanej już dzisiaj Aldonki – na której, mimo swojego skromnego wieku – 3-lat, parę razy już jeździła (o Aldonce pisałam już kiedyś – najambitniejszym koniku wśród małych koników;-) Więc połączenie koników i psów przypomniało mi historię o atawizmach.
Miałam psa Pajdę – super suczkę wilczura, którą zabierałam do stajni. Nie szczekała na konie, biegała tylko wokół tych siodłanych, zaganiała je do stada. I wszystko szło super do momentu… galopów.   Wtedy w koniach budził się atawizm ściganej zwierzyny, zaczynały się wierzgi, barany. Razu pewnego jedna dziewczyna nawet spadła. Za to pies po takiej gonitwie mało nie zdechł, miał krótsze nóżki niż konie, co owocowało zapaścią układu oddechowo-krążeniowego (ale mądre medyczne okreslenie użyłam). Więcej psa na spacer nie brałam.
Dzisiaj w kurzu instruktorki nie było widać, a ja głucha jestem, to słychać też nie było i może dzięki temu taką udaną jazdę miałam;-))



poniedziałek, 16 czerwca 2014

Końwersacji ciag dalszy

koń w łaty - końtrast
koń wysłany za granicę do kompanii reprezentacyjnej - końsul
obszar zamieszkiwania koni - końtynent lub końdominium
podatek od konia - końtrybucja
stado ogierów - konwent
uległy koń - końformista
pegaz inaczej - końdor
koń startujący do klaczy - końkurent
rżenie stada koni - koncert
koń, który umie liczyć - końputer



niedziela, 18 maja 2014

Dzisiaj gadanie o koniach, czyli - końwersacja

Przypomniała mi się stara zabawa w... słowotwórstwo - może i WY dołączycie?

Koń, który mówi – końferansjer
Koń, który kopie – końtakt
Pot konia - końpot
Uprzęż końska – końfekcja
Kobieta biegająca za końmi – zakonnica
Boks dla konia – końfesjonał
Smarowanie konia maścią – końserwacja
Szkielet koński - koństrukcja
Cień konia – końtur
Miejsce pobytu koni – końserwatorium
Przegląd konia – końtrola
Grupa nieposłusznych koni – końtrabanda
Podskoki końskie - końwulsje



sobota, 3 maja 2014

Stara kuźnia

Historia, którą chcę opisać, nie ma nic z końmi wspólnego, chyba, że poprzez starą kuźnię, która była kluczem tej historii….
A było tak:
Parę dni temu koleżanka mnie pyta - nie mogłabyś porobić za tłumacza polsko-niemieckiego? Ja jej na to, że kiepsko, co prawda mówię, ale nie na poziomie tłumacza… Co do czego wraz z koleżanką – germanistką, pojechałyśmy…
Jeden stary Niemiec – urodzony w 1947, parę lat temu zaczął szukać w Polsce rodziny ojca. Oprócz nazwiska znał miejscowość w wydaniu niemieckim i słyszał o rodzinnej kuźni…i to tyle.
W Berlinie znalazł informację, że to musi być wieś pod Gliwicami.  W maju 2013 pojechał tam z żoną, ale ani rodziny, ani kuźni… Siedział więc w knajpie (nomen omen  po niemiecku restauracja to Kneipe…) i użalał się nad sobą, że z kwitkiem wróci do kraju... i tu historia zaczyna mieć nowe otwarcie: podchodzi do nich jakiś młody człowiek, przyznaje się do podsłuchiwania rozmowy i proponuje pomoc. Jakoś lepiej niż „Stazji” z Berlina znalazł miejscowość. Ale na miejscu w parafialnych księgach nic…  jak się za pół roku okazało,  nazwisko było pomylone… I znów historia mogłby się skończyć, gdyby młodzież w Polsce była  mniej uparta.  Młody jednak nie odpuścił -  znalazł on Niemcom autora książki o historii okolic Dąbrowy Górniczej, który zinwentaryzował okoliczne … kuźnie…Wespól postanowili pomóc i tak doprowadzili do odnalezienia rodziny. PO 70 LATACH! Żyjące jeszcze żony braci rzeczonego Niemca, spotkały bratanka. Spotkanie było dla WSZYSTKICH niewiarygodną historią. Dla mnie, która też tam była - wino i miód piła, też było przygodą życia.

A z końmi wiąże tę historię tylko kuźnia, po której tylko wspomnienie zostało… ale i tak warto o tym napisać;-)


piątek, 25 kwietnia 2014

Szał uniesień

Ilu z moich czytelników kojarzy ten obraz.. Szał uniesień Podkowińskiego.
W swoim czasie budził duże emocje, teraz, po latach jest … nadal inspirujący … erotycznie.
Dla mnie problemem jest nie erotyka, tylko złe proporcje szyi konia - jaki ogier ma taką chudą szyję? No więc, jeżeli autor pociął obraz, to mnie nie dziwi, pewnie też dostrzegł błędy w rysunku kluczowych postaci ( niewiele ich było;-))

Po ponad stu latach obraz jest nadal porywający, życzyłabym każdemu takiego dzieła!!


sobota, 19 kwietnia 2014

Książęce stajnie

Korzystając z ferii mąż zaprosił mnie do pałacu w Pszczynie i książęcych stajni – tak mimochodem.
Po drodze jeszcze zameczek myśliwski w Promnicach pod Pszczyną, tam nic, tylko jelenie i jakiś zaczajony niedźwiedź, o którego się potknęłam wchodząc.
Było super, tylko te odremontowane, piękne stajnie – puste;-(  Przydałby się jakiś koń tam lub chociaż powóz…
 Przy okazji miałam pewne spostrzeżenia z wizyty w pałacu – koniec XIX wieku, początek XX, mamy tam wystój, dekoracje… powiedzmy w stylu umiarkowanym, empire…czy coś, jakiś eklektyzm trącający  kiczem, na owe czasy też! Na czasy kiedy już impresjonizm, secesja, art deco, etc, etc. I to jest to, co ja CAŁY CZAS wbijam w głowę moim uczniom – nie można być w życiu burakiem, ziemniakiem lub innym kartoflem. Trzeba wiedzieć, trzeba mieć horyzonty, trzeba chłonąć świat!
Ludzie, nie zamykajcie się na świat, proszę, bo inaczej, to głupota króluje.
Jeśli jakiś nauczyciel chce Wam przekazać wiedzę, bierzcie ją z  wdzięcznością.
Księciu Hochbergowi z pszczyńskiego zamku nikt nie pokazał nowoczesnych horyzontów, został burakiem, mimo, że księciem… dobrze, że chociaż stajnie piękne wybudował;-))

PS. miał w CAŁYM pałacu tylko jedną łazienkę…