sobota, 28 grudnia 2013

Czego nie da Anglia

Ten kraj mnie nie podnieca, szczególnie od momentu, kiedy tam spędziłam parę tygodni, kiedy chcieli mnie rozjechać na każdej ulicy, kiedy dawali obrzydliwie słodko - rozmemłane pieczywo (zawsze z zamrażarki, nigdy chrupiące i świeże), ciasta jak przesłodzone torty a hot-dog chciał mnie otruć.
Na listopadowym spotkaniu Comeniusa poznałam pewną drobną, ładną, młodą Angielkę.  Jak się okazało mamy coś wspólnego ze sobą (niestety nie młodość, drobność, ładność???) I nawet nie angielski akcent – actually her English disepointed me a bit, I remember an English professor, who spoke such English….. like  Queen Elizabeth.
Wspólną pasją były konie i tu wspólność już się tu kończyła.
Ja – dziecko ziemi i wiatru, jeżdżę gdzie mnie oczy poniosą, na czym tylko zapragnę i nawet siodła mi nie trzeba.
Ona elegancko, frak, cylinder, biały żabot, koń kupowany w Hannoverze w Niemczech, gdzie najlepsze konie do dresagu mają.
Ja zwiedziłam wszystkie okoliczne lasy, ona nie opuściła parcoursu, ja - może raz siedziałam na koniu droższym niż 10tyś złotych, ona na tańszym niż 10 tyś funtów nie siada. Ona wygrywała prestiżowe zawody, ja na amatorskich dostarczyłam rozrywki paru znajomym… raz;-)
Obie jesteśmy szczęśliwe, będąc na swoich miejscach w życiu.


 Zaprosiłam ją do Polski, do lasów zwiedzanych z końskiego grzbietu… tego Anglia jej nie da.

PS nie mam jej zdjęcia na koniu, ale jak się dorobię - to zamieszczę;-))

czwartek, 26 grudnia 2013

Wielbłąd a

o wypadek nietrudno
… mówi Wam to doświadczona (pod różnymi względami) amazonka.
Wszystko przez wielbłąda, który jest rezydentem w będzińskiej szopce bożonarodzeniowej. Dzieci latają, chcą się fotografować, zaprzyjaźniać, pchać palce w różne jego otwory itp... a ja mam w pamięci Kaziowego wielbłąda - mordercę, który przegryzał karki koniom, póki Kaziu go nie sprzedał… dokąd, nie wiem.
Bo z gadziną nigdy nie wie, oj nie wie się, czy dobrze jest, czy może jest już źle… że tak zacytuję pewnego pop- kulturowca z ukrywaną łysiną.
Kiedyś w Zbrosławicach wchodziłam do stajni, obrócona ku prowadzonemu koniowi i nagle poczułam ciepły zad Arabeli na swoich plecach, które w parę sekund pokrył pot, nie żeby był upał, była tylko moja wyobraźnia i zła sława Arabeli. To była świetna kobyła, tylko kopała jak cholera (pewnego dnia intuicja kazała mi się pochylić podczas wnoszenia siodła do jej boksu, kopyta tylko zafurczały nad moją głową). Co za idiota siodłała ją w przejściu?!?!?!
Brakiem wyobraźni cechują się (w osobliwym natężeniu) właściciele ogierów. Kiedyś dostałam szału, kiedy posiadacz jednego z nich zapragnął udowadniać przede mną i trzema dziewczynkami, że ma takie same jaja jak jego koń… Klacze były w nerwach, dziewczynki w popłochu a ja jakoś nie wierzyłam w te jaja właściciela i się wściekłam, że testosteron zaburza jego rozsądek i naraża te dzieci na agresję ogiera.
No dobra, czasem babom także odbija testosteron, na pikniku country w Siewierzu, gdzieś około 2000 roku, dziewczyna dosiadająca Dziwną - srokatą kobyłę (dziwna była z nazwiska, bo tak w ogóle to zwyczajna była) z Górki Siewierskiej, zaczęła pokaz stawania dęba. Nie skończyła tego pokazu chwalebnie – koń poleciał na plecy i przygniótł amazonkę. Dopiero po usunięciu dwóch belek z ogrodzenia i podniesieniu kobyły udało się uwolnić  dziewczynę.  Szczęściem oprócz ponadrywanych mięśni nic jej się nie stało.

Dlatego szalejcie ale ROZSĄDNIE!! Nie pchajcie swoich pociech w paszcze koni, wielbłądów, misiów, kóz, osłów, kogutów itp… kogut chyba nie ma paszczy... ale i tak nie pchajcie, po to tylko, aby zrobić im zdjęcie.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Siódme poty na ósemkach

Dobry "parcour" równa się siódme poty, innej opcji nie ma. Jeżeli zmarznę podczas jazdy na koniu, to kiepsko świadczy o prowadzącym, kiedy padam na nos a koszulkę można wyrzymać, to jest okay.
Kiedyś wywieziona na Kaszuby w najpiękniejsze miejsce pod słońcem ( jak twierdził mój mąż;-) wpadłam w łapy ( łapska, szpony) ambitnych instruktorów z osiągnięciami. Zapragnęli użyć tych osiągnięć w celu oszlifowania takiego nieoszlifowanego diamentu jak ja… stępem marsz… trzymać równy rytm, nie miotać się na siodle.. łydka, łydka! Pięta niżej, palce do konia!! Co mówię! Palce… kłusem marsz, uspokoić łydki, wolta w lewo, żwawo!! Nie spać!, co mówiłam o łydkach?! Ręka spokojnie i niżej, nie krzyżuj wodzy!! Kto cię uczył?? Półsiad w kłusie, nie trać rytmu, zmiana kierunku, co mówiłam?!?! – nie było marsz - odpowiadam nieśmiało…- na drągi – nadal półsiad ( już piąte koło!! kark mi wysiada, ja nie wysiadam… jeszcze), jak te drągi?!?! Co było źle?!?!... chyba to pytanie do mnie, więc dukam: hmmm bo za późno oddałam wodze?!? Za szybko jechałam??? Za dużo wodzy oddałam??? Matko! Co było źle?!?!  Nic nie było źle! Było okay! A teraz do stępa i zagalopowanie… ze stępa, mówię przecież.. no już!!
Ja się miotam na tym siodle jakbym miała pchły w portkach, gęba mi mało z gorąca nie eksploduje.. druga próba, mięśniami gniotę wałacha, mało miednicy sobie nie złamię - on nic… Źle, wodzy nie oddawać, trzymać na kontakcie, od narożnika jeszcze raz!! Jak te łydki!!! –rozkaz niczym smagnięcie batem…skurcz w łydce, mamusiu ratuj ( mam 50 lat, więc mamusia nie działa wspierająco;-(  
Uff udało się… za 50 razem… może ci młodsi zagalopowaliby wcześniej, za 20, 34 razem… zależnie od wieku.
Zakwasy w mięśniach miałam jeszcze po tygodniu, ale jazdę i naukę zapamiętałam na całe życie.
Kiedy prawie rok temu, jakieś dziewczę na ujeżdżalni pod Sarnowem usiłowało mnie uczyć robienia wolt… hmmm dziecino, ty krócej żyjesz, niż ja jeżdżę…
Ale wczoraj w Burkach było okay, Kasia wycisnęła ze mnie poty, było ciekawie, nie odpuściłam… no może trochę w galopie na prawą nogę – koń mi się nie składał, wyłamywał.. wstyd…
 Ktoś może zapytać, co ciekawego w tym ujeżdżeniu… chociażby to, że raz mój mąż podziwiał grację z jaką przejechałam koniem przez parking pełen aut… wolty, ósemki, wszystko w jednym palcu;-))




czwartek, 12 grudnia 2013

Jak mam rodzić, to tylko w stajence

Tak z okazji świąt Bożego Narodzenia naszła mnie ochota podzielenia się pewną refleksją towarzyszącą mi od wielu lat.
Historia była taka- mała miejscowość – nazwijmy ją Betlejem, organizowała 100 lecie tamtejszego Zespołu Szkół Budowlanych.
Rozesłano ogłoszenia z zaprosinami do wszystkich okolicznych miast. Towarzystwo się poderwało, chłopaki, dawaj!!
Marysia (żona Józka, który kończył ciesielkę) była w zaawansowanej ciąży i nie miała ochoty jechać na imprezę. Ale jak facet chce spotkać kolegów ze szkoły, to siły nie ma. Zapakował ją w stare punto i hajda. Wytrzęsło bidulą do imentu, brzuch i dzidziuś w nim naskakał się jak karp w siatce przed świętami… no ładnie, a w Betlejem tłumy szalejących, już solidnie podpitych  facetów. Obściskuję się i ślinią z dawno niewidzianymi kolegami.
Józek  nie"zabukował" noclegu , nie było Internetu!
Oczywiście w „Chłopskim jadle” wszystko zajęte, pokoi wolnych nie ma, agroturystyka pęka w szwach, właściciele zacierają ręce.  Maria na ostatnich nogach. Józek chwalił się, że ma kolegów, znajdzie nocleg, ale gdzie tam, u każdego brat, swat, albo cała familia.
I wszystko wyglądało beznadziejnie, aż tu przed wędrowcami nagle i niespodziewanie  z ciemności wyłania się STAJNIA.
Konie spokojnie żują sieczkę, jakaś kózka do towarzystwa, ciepło, przytulnie, daleko od zgiełku imprezy, pachnie sianem.
Józek znalazł kąt, przykrył derką snopki siana, Maria z ulgą opadła na to legowisko.
Tu nie dochodziły wrzaski pijanej zgrai kolegów, którzy spotkali się po latach i opijają stare wygłupy. Nikt nie przeszkadza, nawet żadna migdaląca się para nie wpadła na pomysł zaznania tu przyjemności. Kobieta zapatrzyła się w wewnętrzne światło...

KTO TO WYMYŚLIŁ, ŻE W KARCZMIE JEST FAJNIE RODZIĆ, A W STAJNI TO PONIŻAJĄCE???


niedziela, 17 listopada 2013

Gnój w roli głównej, policjant i ja w drugoplanowej

Nie pisałam, bo nie miałam pomysłu na nowy post – aż zobaczyłam w Burkach dwóch facetów uwijających się z worami gnoju. Jako wieloletni posiadacz ogrodu w lot zrozumiałam to ich inwestowanie w przyszłość. 20 lat temu wzięłam samochodową mała przyczepkę, przypięłam do naszej Łady i ruszyłam do Zbrosławic po złote… hmm brązowe runo.  Za Czeladzią zatrzymali mnie policjanci (oni tam są jeszcze przez Gierka  wmurowani). Z policjantami należy rozmawiać umiejętnie,  nauczał kiedyś Steffen Moller oschłych Niemców. Dobrze jest zagaić o rodzinie, potłuc się w pierś i zapłakać nad własną głupotą, co dokładnie uczyniłam (chociaż wówczas o Mollerze nikt w Polsce nie słyszał).
Kiedy więc policjant oskarżycielskim tonem stwierdził, że moje tylne stopy (światła znaczy, bo tylne stopy  stopy mają chyba tylko pawiany) są białe a powinny być czerwone, poskarżyłam się na rosyjską myśl techniczną i obiecałam, że uwagę przekażę mężowi. Pochwaliłam się, że mój mąż jest bardzo zdolny i wszystko potrafi naprawić. Przedstawiciel mundurowej władzy przeszedł do przyczepy i stwierdził, że brakuje trójkątów odblaskowych. Rzuciłam się do bagażnika… ale nie o taki trójkąt chodziło… znowu zobowiązałam się w imieniu męża do odrobienia pracy domowej ;-) Na koniec ponarzekałam na decydentów powiatowych, którzy zatwierdzili taką brakoróbczą przyczepkę do użytku a tu Pan Władza rzucił  znienacka pytanie - a po co pani ta przyczepka? He?
W głowie gonitwa myśli – czy mogę powiedzieć prawdę - że po gnój jadę, a jak nie wolno gówien środkami komunikacji przewozić, może trzeba mieć zaświadczenie weterynaryjne, że koń, co srał, był zdrowy, że łajno jest dobrze odizolowane od środowiska, że nie będzie wypadało podczas jazdy i nie zaatakuje skrytobójczo innych użytkowników dróg, a może w niedzielę jest ogólny zakaz przewożenia gnoju i jego pochodnych. Może powinnam mieć przyczepę z atestem na okoliczność żarcia metalu przez mocznik, wije, tasiemce, tocznie i roztocznie i inne paskudztwo?!?!
Już otwierałam usta aby coś nowego nakłamać, kiedy jakiś pirat pojawił się na horyzoncie.
Władza oceniła samochód - BMW to BMW a nie jakaś stara Łada, machną zrezygnowany na mnie i tak oto moje róże dostały to co lubią najbardziej;-)
PS Już Gustaw Morcinek dostrzegał dużą rolę gnoju w rozwoju ludzkości – Czarna Julka chodziła grzać się w cieple fermentujących gór końskich kup zalegających okolice kopalni.



sobota, 2 listopada 2013

Romans z arabami i hotel do wynajmu...


Dzisiaj coś araby za mną chodzą – rano  na końskim spacerze w Burkach uśmiałyśmy się, komentując ich ruchliwość i speedowatość.
Jeśli kogoś zapytać czym wyróżnia się arab, to powie, że jest drobny, gibki, szybki i niewiarygodnie wytrwały. On – w odróżnieniu od niemieckich ciężkich koni bojowych - nie przegrzałby się galopując w upale (patrz „jesień średniowiecza latem”).
 Arab przypomina trochę disnejowskie sarenki, więc wszystkie dziewczynki kochają araby.. (bez podtekstów proszę) i jeden stary aktor - Olbrychski;-).
  W latach siedemdziesiątych Polska zarobiła w petrodolarach na ich sprzedaży bajońskie sumy (zobacz mój post „Magnacki pałac, bizony, araby i jeden emeryt” )
Każdy znający historię powie - polski romans z arabami zaczął się od odsieczy wiedeńskiej, kiedy Sobieski przywiózł łupy, w tym konie.. ciekawe, czy kobiety też, ale romans rozgorzał.
I tu pierwszy błąd, już Zygmunt August sto lat wcześniej interesował się arabami i zachowaniem czystości ich krwi. Romansował z Barbarą- bardziej od północy jej temperament.
Obecne hodowle zaczęły się jednak dzięki błękitnej krwi - ale nie końskiej, tylko ludzkiej:
Hrabia Sanguszko, na początku XIXw wybrał się z ekspedycją do Aleppo (obecna Syria) i kupił kilka koni będących zaczątkiem hodowli.
Parę lat później Rzewuski nabył 137 ogierów i klaczy.
Naprawdę gorąco zrobiło się (nie tylko z powodu klimatu na Bliskim Wschodzie) ale też prowadzonych transakcji, kiedy hrabia Dzieduszycki zaczął handlować z Bagdadem. Od Arabów kupować araby nie jest łatwym biznesem, kto był w Egipcie, próbował głupiego T-shirta kupować,  to wie.
 Najpierw sprzedali, potem się rozmyślili, zaczęli Polaków ścigać po pustyni, aby konie odebrać.
 Dzieduszycki na siwym ogierze Abucheil w towarzystwie klaczy Gasella uciekł pogoni Beduinów!!! W końcu kupował najlepsze konie! Szczęśliwie dotarł do Damaszku.
Dały one początek sławnej do dziś hodowli w Janowie Podlaskim.
W 1900 roku na ogólnoświatowych targach w Paryżu klacz Melpomena została ogłoszona najpiękniejszym koniem świata.

Po tych plotkach o arabach chcę przemycić jedną – ważną dla właścicieli Burków wiadomość - szukają koni na hotel do nich, mają kilka wolnych miejsc. Ja – ze swojej strony mogę zapewnić, ze ludzi świetni, miejsce PRZEPIĘKNE, hotel niedrogi !!!



 Karla na arabach;-)) dla mnie są trochę za małe... Babsztyl M.


sobota, 19 października 2013

Jesień średniowiecza latem


Właśnie siedzę w średniowieczu, opowiadam o warowniach i wojnach.
Oczywiście największą była bitwa pod Grunwaldem.
Wszyscy wiedzą o dwóch mieczach, upale, lesie, ale to nie wszystko.
Więc proszę o wizualizację – lipiec - upał… z godziny na godzinę większy. Piąta rano nawet fajnie i rześko. Teren pagórkowaty, nie widać całej „potencji” armii. Teutoni ( – po naszemu Krzyżacy) sami to miejsce wybrali. Jak zorganizować aprowizację kilkutysięcznej armii – konie! – muszą jeść, pić!!!
Rano około ósmej obie armie gotowe… Jagiełło – doświadczony, niespieszny, a naprzeciw Urlich – jego starszy brat umierając trzy lata wcześniej ostrzegał - Urliś wyrywny, zmierzły jak to młodsi bracia bywają, nie nadaje się na komtura. Nie nadawał się, ale został – na swoje i kilku tysięcy innych rycerzy nieszczęście.
No więc upał narasta, Niemcy już na koniach – to punktualny naród, wg. ich pociągów można nastawiać zegarki, w XVw wg. ich koni.
Jagiełło zwleka… Litwinom wolno..
Upał narasta (27C?), słońce, zbroja, ciężar, koń, gzy, dobrze, że konie pokryte białymi płachtami… Urliś miedzy innymi.
W południe wreszcie ruszają –  lewe skrzydło Krzyżackie atakuje Litwinów- walczą około godziny, ciężko jest … na prawym ciężka jazda Polska zwarta z Teutonami.
I nagle Litwini robią odwrót… normalnie zostawiają plac boju i chodu…w długą...
I tu Krzyżacy zrobili największy i najgłupszy ruch w dziejach wojen – pogonili za Litwinami. Oni mieli tę bitwę wygraną! gdyby zostawili sobie samym uciekającą armię, a uderzyli na Polaków z lewej strony, to byłoby po nas.
Ale testosteron zadziałał, wódz Urliś - zamiast dowodzić ze wzgórz jak Jagiełlo, latał w białym prześcieradle, nie widział co się dzieje. Wzgórza zasłoniły innym ogląd spraw.
Sami sobie to wyobraźcie - po godzinie szamotaniny w upale, galopujecie na olbrzymim krzyżackim koniu (są do tej pory hodowane na terenie dawnych Prus), zbroja z 30kg, własny ciężar. Po galopie przez – dajmy na to, 20 minut, koń słabnie, zwalnia, piana spływa, nie da rady galopować znowu, zawał gotowy.  Koń słabnie, UPAŁ za to nie słabnie…Pić… człowiekowi można wytłumaczyć… ale zwierzęciu (Pamiętacie Szarika - nawet po konsomolsku nie dało rady wytłumaczyć).
Powrót na pole bitwy na umordowanych koniach nastąpił może po  godzinie, Polacy dożynali swoją stronę, część Litwinów też już wróciła - lekka jazda na lekkich koniach łatwiej radziła sobie z upałem.
Skąd pomysł Litwinów na manewr z ucieczką – parę lat wcześniej w ten sposób Tatarzy wykatrupili połowę litewskiej armii w jednej z bitew na wschodzie.
Nauka nie poszła w las.
Dlatego – licz zawsze, ile Twój koń poradzi galopować w upale!



niedziela, 13 października 2013

Jestem kopnięta

„Jestem kopnięta… i to mocno” oznajmiłam wczoraj o 14.10 mojemu mężowi. Przemilczał sprawę – być może dla tego, że spał, lub się obraził o to, że tak późno z tych koni wróciłam i jeszcze pobita, pokopana -powiedzmy.
 I tak nieźle, bo mąż koleżanki jak się obrazi, to śpi na skraju łóżka i oni teraz mają z jednej strony rzeczone łóżko zarwane - strasznie kłótliwi są, znaczy...
Dałam się zrobić jak ostatnia ciura - bo kto normalny jedzie w galopie za innym koniem o pół długości – idealna odległość do pokazania, kto tu rządzi. No więc wiem, że Gawrosz. Mam na udzie sińca wielkości końskiego kopyta.  pozostanie tam z miesiąc, dobrze, że lato za nami i nie będę chodziła „prowokacyjnie ubrana” - jak skomentowała to Dorotka - jadąca na Gawroszu w danym (pamiętnym) momencie. Jej opinię uznam za tendencyjną – trzymała sztamę z Gawroszem, a poza tym, już wcześniej, tego dnia, chciała mnie przejechać swoim samochodem.
Imię Gawrosz średnio pasuje do dużego, siwego, omałoco Lipicanera.
Jak pamiętam kontakt Gawrosza z koniem był poprzez jego (konia) brzuch – ten paryski „nędznik” spał w brzuchu konia…z pomnika jakiegoś francuskiego króla. Pewną rolę grały tam jeszcze szczury, ale wyparłam to z pamięci.

Podsumowując bilans wczorajszego dnia, to minusami były siniak i naburmuszenie Leszka, Profitem – taaaaka pogoda, prawie 3 godziny spaceru… fajne fotki – ten punkt można sprawdzić naocznie;-))





Ta siwa dupa - to ta, co mnie skopała... hrrrrr






piątek, 11 października 2013

Wpływ mydlanych oper na życie człowieka

Był to początek lat 90tych, w TV jedna z pierwszych mydlanych oper - „Dynastia”, w której Blake z Cristal walczył z Alexis ( ostatnio ujrzałam ją w jakieś reklamie  -pośmiertnie chyba). Mieli z pół tuzina dzieci (czarne, białe, homo, i hetero, nieślubne i zagubione - wszystko więc jak trzeba) i do tego stajnię z końmi. Bogaci zawsze muszą mieć stajnie, grać w tenisa i golfa. Dla biednych zostaje boks (Rocky), football i telenowele.
Córka naszych znajomych – mając około 6 lat, zakochała się w tym mirażu. Będąc bardzo zdeterminowaną i konsekwentną dziewczynką, w wieku 13 lat zażądała własnego konia (i tak dobrze, że nie pola golfowego lub kortu).
Znajomi zapytali mnie, co sądzę o kupieniu konia. Ja - skromna osoba, po rozpoznaniu w okolicznej stajni, stwierdziłam, ze dla początkującej w tym sporcie wystarczy koń za 10tyś złotych. Ale gdzie tam – co to jest 10000… no to kupili kobyłę za dwa razy tyle. Nerwuskę jedną – bo jak się okazało, strzelała fochy, osobliwie podczas zawodów, w blasku fleszy i  aplauzie… artystka… cholera jedna… Proletariacka szkapa jechałaby cicho – bo „niechcę” ale muszę, a ta - no w życiu, nie po to Dynastię kręcili, o koniach na atłasowych poduszkach hodowanych mówili, żeby potem tak się zepsić i skakać co popadnie… 
Po dwóch latach sprzedali zołzę, za cenę konserw (2000) … interes życia, można powiedzieć. Ale kto bogatemu zabroni.
 Kupili następną, dwa razy droższą…. Skoro tak, to i stajnia musi być wspanialsza - nie piasek na parcoursie – tylko specjalna mączka z Reichu sprowadzana, nie siano i obrok, tylko specjalnie odżywki na mondaminach, biopaliwach, estrogenach, silikonach z impetem w głąb i specjalnym serum na porost ogona - oczywiście.
Słyszałam potem, że  nasza bohaterka i być może ten cudowny koń, obracali się w świecie „dynastii” – jeździli na crazy elitarne zawody – jakie zdarzało mi się oglądać tylko z daleka w TV( kanał sport) i przez płot… ale cieszę się z tego.
Kiedy pewnego razu moja Karolina powiedziała ze smutkiem (a może nutą zazdrości), że ona tylko po cygańsku, huculsku, ze słomą we włosach, z butami z gnoju) a…. inni to na bogato… jakoś nie wykrzesałam z siebie  współczucia.
Nie przepadam za mydlanymi operami… wolę gnój i znój… chyba głupia jestem. Mam jednak coś, czego nie wymienię na żaden sen o dynastii - czasami jeżdżę razem z córką i mamy własną - fajną i bez zadęcia przygodę.







czwartek, 3 października 2013

Gdzie jestem ja?

Moi drodzy czytelnicy, jeśli nie mieliście okazji czytać początku tego bloga, skoro spisuję w ten sposób moje wspomnienia, to może warto zajrzeć na ich początek. 
Moimi ulubionymi postami są:
Koń by się uśmiał i teksty o leśnikach. Z sierpnia ( jak to dawno było…!!) Instrukcja ratowania topielca i  Marines i romantyczne marzenia.
Ponoć się rozwijam, ale nie każdy dzień niesie przygodę, więc czasem nudą powiewa…
A co mam napisać o wspomnieniach z pewnego miejsca, w którym jeździłam z.. mafiosami i ich kochankami?  Szalony galop przez czyjąś łąkę – co niedziela czekałam, kiedy właściciel rozciągnie tam stalową linkę i skosi mafiosę i ekipę jeźdźców.  Co niedziela wyruszaliśmy z "wczorajszym towarzystwem". Niektórzy sami się kosili, bez pomocy – wczorajszy alkohol zaburzał koordynację.
A na drugim biegunie pan Janeczek (też pił), co miał źrebaka, który wchodził mu do kuchni i buszował w garach… Pan Janeczek (pisałam o jego śląskim ogierze – mordercy) miał crazy bałagan, właściwie syf, ale nie miał tej arogancji bogatego…

Gdzie jestem ja? Polecę po próżności – w środku, wśród romantyków, których wzrusza piękny krajobraz, szalony galop… (czasami się jego obawiam, bo jeśli w Przyłubsku w trzy konie cwałujemy jak szaleni po leśnej drodze, na której grzybiarze i  wózek z dzieckiem, i  parka całująca się za krzakiem… być może... mój Boże...).
Ciągle jednak kolekcjonuję wspomnienia np. z wyprawy z moim psem (wilczurem), który podczas galopu budził w koniach atawizmy ściganej zwierzyny – zaczynały kopać, strzelać barany, szaleć. W stępie nic nie miały do psa… w galopie chciały go zabić. 
Czasami tęsknię za tymi zdarzeniami… ale będą nowe.. prawda?
o coś o bogatych mi się przypomniało;-)))